Jesteś tutaj: Opowieści

Opowieści

Prezent

Mam na imię Basia. Za siedem dni skończę dziewięć lat. To chyba wystarczający powód, aby sądzić, że jestem już na tyle duża i odpowiedzialna, że mogłabym mieć swojego pupila. No tak, tylko, że rodzice są zupełnie innego zdania. Uważają, że jestem jeszcze mała i na posiadanie własnego zwierzaka nie nadeszła pora. Moje koleżanki mają już swoje zwierzątka i umieją się nimi zaopiekować. W takim razie nic z tego nie rozumiem. Czyżbym była inna, gorsza?!

Przecież mama zawsze mi mówi:

— jesteś taka mądra i rozsądna.

Gdy tata wróci z pracy, spróbuję z nim porozmawiać, może on chociaż zmienił zdanie i pozwoli mi w końcu kupić wymarzone zwierzątko. Najlepiej, żeby to był piesek. Wystarczy mały, może to być jamnik albo jork.

Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć mamie, że wczoraj dzwoniła babcia Lucynka. W sobotę mam urodziny, kończę dziewięć lat, dlatego razem z dziadkiem Teodorem przyjadą do nas. To będzie wyjątkowy dzień. Lubię jak babcia do nas przyjeżdża, bo zawsze przynosi nam przepyszne ciasto drożdżowe z bakaliami. Babcia jest najlepsza w pieczeniu ciast, zna dużo przepisów i każde ciasto wychodzi jej wspaniale.

Dziadek Teodor jest zagorzałym kibicem piłki nożnej i razem z taą nie przepuszczą żadnego meczu. Nie rozumiem tylko tego, co oni w tym sporcie widzą. Bo przecież, żeby tylu dorosłych facetów biegało za jedną mała piłka 

to trochę śmieszne. Zbliżał się wieczór, mama w kuchni szykowała kolację. Po chwili tata wrócił z pracy, jak zawsze zmęczony. Tata jest chirurgiem, pracuje w szpitalu. To bardzo odpowiedzialna praca. Mama i ja jesteśmy z niego bardzo dumne. Po kolacji spakowałam książki i zeszyty do plecaka. Potem poszłam się umyć i położyłam się do łóżka. O rozmowie z tatą nie było dziś mowy. Po kolacji zmęczony szybko zasnął na kanapie. Mama na dobranoc przeczytała mi fragment z mojej ulubionej książki z serii: ‘’Julek i Julka’’ Grzegorza Kasdepke.

Sen szybko mnie zmorzył a rano obudziło mnie słońce, którego promyki przeciskały się przez szpary między zasłonką, padając prosto na moje łóżko. Mama naszykowała mi pyszne kanapki do szkoły i zapakowała do plecaka. Na pożegnanie dała mi słodkiego buziaka i poszłam do szkoły. To był piątek, nie mogłam się już doczekać soboty. Po lekcjach wracając do domu, szłam w milczeniu. Moja najlepsza przyjaciółka Magda spoglądała dziwnie na mnie. W końcu zapytała co mi jest, czemu nic nie mówię?!

— A co miałam mówić, jak ciągle myślałam o piesku, którego tak bardzo pragnęłam. Oczywiście Magdę zaprosiłam na moje urodziny. Jeszcze będzie Asia z naszej klasy i Paweł, który mieszka w moim bloku, dwie klatki dalej. Wszyscy chodzimy do jednej klasy. Gdy weszłam do domu była już mama. Właśnie szykowała obiad w kuchni. Zapach zupy ogórkowej roznosił się na wszystkie pokoje. Przy obiedzie siedziałam jak struta, nic nie mówiłam. Łyżką mieszałam w zupie i czułam, że chyba nic nie przełknę. W końcu mama widząc moje dziwne zachowanie zapytała:

— co ci jest córeczko? Czemu nic nie jesz? Czy coś się stało?

— a może ty jesteś chora?

— Nic takiego, trochę boli mnie głowa — strzeliłam ot tak. Pójdę do swojego pokoju i trochę się położę, z pewnością zaraz mi przejdzie. Wyczułam, że mama nie do końca uwierzyła w moje słowa. Ale co miałam wymyśleć? Że jestem smutna, bo nie chce się zgodzić na żadne zwierzątko?! Zaraz znów zaczęłaby mi prawić o odpowiedzialności, o obowiązku wobec każdego zwierzęcia i o tym, że to nie jest zabawka, którą kiedy się znudzi można odłożyć na półkę. To wszystko słyszałam już setki razy. Ktoś zadzwonił do naszych drzwi. Szybko pobiegłam i otworzyłam je z impetem. To była nasza sąsiadka Pani Elwira. Trzymała na rękach mopsa, swojego psa. Mama stała za mną, prosząc sąsiadkę by do nas weszła.

— Ja tylko na chwilkę — powiedziała sąsiadka. Było widać po jej minie, że jest nieco zatroskana.

— Pani Elu (bo tak na imię miała moja mama), czy ja mogłabym na trzy dni zostawić u was mojego Klopsika (pies P. Elwiry)?

Muszę wyjechać do chorej siostry do Krakowa, a Klopsik źle znosi jazdę samochodem.

— Oczywiście — odpowiedziała moja mama-

— zaopiekujemy się Klopsikiem, przecież dobrze nas zna. W tym momencie jakby wielka radość we mnie wstąpiła. Pomyślałam wtedy,

że to doskonała okazja aby pokazać rodzicom, że potrafię dobrze zaopiekować się psem. Pani Elwira pożegnała się czule z Klopsikiem, zostawiła nam dla niego karmę, smycz, jego gumową zabawkę „Kaczkę” i oczywiście dwie miseczki na wodę i jedzenie. Podziękowała nam za zrozumienie i przysługę, po czym wyszła. Teraz do dzieła- pomyślałam, pokażę rodzicom na co mnie stać. Zaraz poszłam do kuchni i nalałam wody do miseczki Klopsika. Do drugiej wsypałam karmę, którą podobno najbardziej lubi. Mama patrzyła na mnie z podziwem, że tak troskliwie opiekuję się Klopsikiem. Podała mi smycz i poprosiła, żebym wyszła z nim na spacer. Oczywiście zrobiłam to z wielką ochotą, czule głaszcząc Klopsa po jego sierści. Wieczorem podsłuchałam ze swojego pokoju, jak mama opowiadała tacie o wizycie Pani Elwiry jak to ja troskliwie opiekowałam się Klopsikiem. Nagle poczułam się taka doceniona. To był dla mnie pracowity a zarazem niezwykły dzień. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam a rano obudziło mnie szczekanie Klopsika. Zrozumiałam od razu, że musze się szybko ubrać i wyjść z nim na spacer. Mama nie mogła się nadziwić, że w ciągu kilku minut byłam już gotowa do wyjścia z psem. Przecież tak trudno mnie rano jest ściągnąć z łóżka a dzisiaj proszę, bez żadnych protestów i bez marudzenia wzięłam Klopsa na smycz i popędziłam na podwórko. Z tego wszystkiego zapomniała, że dziś jest sobota, dzień moich urodzin. Po powrocie ze spaceru z Klopsem mama i tata złożyli mi życzenia i powiedzieli, że na prezent muszę zaczekać do wieczora. Troszkę byłam rozczarowana i przez chwilę pomyślałam: czyżby też zapomnieli o moich urodzinach i dopiero teraz im się przypomniało?! A może szykują jakąś niespodziankę?, Ciekawość nie dawała mi spokoju, jednak musiałam uzbroić się w cierpliwość i zaczekać do przyjścia gości. Zostałam sama z Klopsem, a rodzice pojechali po zakupy. Za niedługo przyszła Pani Elwira zabrać do domu Klopsa. Wręczyła mi w podziękowaniu za opiekę nad Klopsem duże kolorowe pudełko. Gdy tylko wyszła zaraz zabrałam się do odpakowywania owego pudelka. Były w nim słodycze i porcelanowy piesek. Wyglądem przypominał Klopsa. Gdy rodzice wrócili, zaraz zabrałam się z mamą do szykowania przyjęcia. Pomagałam jej ustawiać na stole różne przysmaki, które wczoraj mama do późnego wieczora przygotowywała. Gdy wszystko było już gotowe włożyłam nową sukienkę, w różowe cekiny, którą mama mi kupiła specjalnie na tą okazję. Teraz pozostało już tylko czekać na pierwszych gości. Zadzwonił domofon, pobiegłam szybko odebrać słuchawkę.

— To babcia Lucynka i dziadek Teodor!!! — krzyknęłam radośnie. Zaraz mnie wycałowali, złożyli życzenia i oczywiście wręczyli mi prezent.

— Zajmij się kochanie swoimi gośćmi — powiedziała mama, a prezent otworzysz jak wszyscy już przyjdą — dodała z uśmiechem.

Potem przyszli drudzy dziadkowie — rodzice taty — babcia Jadwiga i dziadek Jurek. Za chwilę przyszli Paweł i Magda z Asią. To chyba już wszyscy goście — pomyślałam. Ale co to? — ktoś zapukał do drzwi. W pośpiechu otworzyłam je a w drzwiach stała nasza sąsiadka Pani Elwira, trzymając na rękach Klopsika. Niezmiernie ucieszyłam się a jednocześnie byłam zdziwiona, skąd Pani Elwira wiedziała, że mam dzisiaj urodziny. Ale mniejsza z tym, najważniejsze, że przyszli wszyscy zaproszeni goście. Z tego przejęcia nie zauważyłam, że nie ma taty wśród gości. Po chwili i tata się zjawił. Trzymał w rękach duże kartonowe pudełko.mama wniosła ogromny tort, a na nim paliło się dziewięć świeczek. Nagle zgasło światło, nabrałam dużo powietrza w płuca i zdmuchnęłam wszystkie świeczki. Wszyscy zaśpiewali mi sto lat i czekali z wielkim zaciekawieniem aż otworzę owe, tajemnicze pudełko, które wręczył mi tata. Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam. W środku siedział mały szczeniaczek rasy mieszanej. Był prześliczny, miał na szyi czerwoną kokardkę i przy tym piszczał radośnie merdając ogonkiem. Jego czarne oczka same przez siebie przemawiały abym wzięła go na ręce. To był najwspanialszy prezent w moim życiu, jaki dostałam. Oczywiście dałam mu na imię „Prezent „”. Wreszcie rodzice zrozumieli, że już nie jestem taka mała i z pewnością będę dobrze opiekowała się „Prezentem”.

Dalej to już chyba sami domyślacie się, jak będzie wyglądało moje życie z nowym pupilem. Codzienne spacery, dbanie o to, by nigdy nie miał pustej miseczki a przede wszystkim dużo miłości dla czworonogiego przyjaciela

Marzena Szczepańska

Wszystkie prawa zastrzeżone.
Strona wykonana przez doneta.pl